2. Maraton Lubelski


10299968_752693694776852_3738104791824272543_n2. Maraton Lubelski przeszedł do historii… Mimo, że biegałem w tym roku bardzo mało, a dzień wcześniej 12 godzin pracowałem przy organizacji eventu w oddalonym o 430 kilometrów Toruniu – w ramach treningu stanąłem na starcie.

Maraton reklamował się jako „górski maraton w mieście”… i z punktu widzenia uczestnika śmiało mogę powiedzieć, że to trafne określenie. Mogę jednak powiedzieć również, że raczej nie przeszkadzają mi takie warunki… 🙂 Zdecydowanie łatwiej biega się, kiedy po jednym podbiegu, widać już kolejny – niż wtedy kiedy przez 34 kilometry trasy czekasz na ten jeden jedyny (np. Warszawa, czy Poznań) – w takim wypadku po prostu trzeba się z tym pogodzić, albo od razu zrezygnować z dobrego wyniku…

Na pierwszych kilometrach biegło mi się tak luźno, że gdybym nie przerabiał cały czas w głowie myśli, że mam przed sobą jeszcze „kilka” kilometrów to pewnie biegłbym w tempie 03:30/km. Na szczęście znalazło się na trasie kilka osób, które miały w planie łamanie 3 godzin i poczułem się zobowiązany, żeby chociaż przez chwilę poprowadzić grupę.

W ten sposób pierwsze 10km wyszło: 00:42:21, średnie tempo: 00:04:14.

Kolejną dziesiątkę przebiegłem już kompletnie sam. Grupa odpadła na punkcie odżywczym i już do mnie nie wróciła… Samotność podczas biegania raczej mi nie przeszkadza… Nie przeszkadza, aż do momentu, kiedy mam wybiec na blisko 3-kilometrową, kompletnie odsłoniętą, a dodatkowo przebiegającą częściowo na wiadukcie prostą. Nie wiem, z jaką prędkością wiał tam wiatr, ale momentami czułem, że staję w miejscu, a wszystkie myśli, jakie przechodziły mi przez głowę nie nadają się do publikacji.

Druga dziesiątka wyszła: 00:41:42, średnie tempo: 00:04:10 (20km wypadał mniej więcej w połowie felernego odcinka…). Półmaraton wyszedł w 01:28:50.

1233581_771367762887872_155452445161648443_n

Byłem coraz bliżej 24km – na którym wg. planu miałem zejść z trasy, odpiąć numer i najkrótszą drogą dobiec do mety. Jednak na 24 kilometrze minąłem kolejnego zawodnika, przesuwając się na 10 pozycję, na horyzoncie zobaczyłem dwóch kolejnych… Dodatkowo nadal czułem się bardzo dobrze… Postanowiłem więc, że dobiegnę do 30 kilometra – a jeśli po drodze minę tych zawodników to pomyślę co dalej…

Cały czas zastawiałem się nad tym, jak to możliwe, że tak dobrze mi się biegnie. Byłem już bliski wmówienia sobie, że przebiegnięcie półmaratonu (w czasie 01:30) i dwóch dziesiątek (w czasie ok. 45 minut) w roli pacemakera to dla mnie naprawdę świetne treningi pod maraton na wynik 02:55. Tutaj muszę wyjaśnić, że teraz analizując na chłodno – już tak nie uważam, …a na pewno nie jestem do tego w 100% przekonany… 😉

Trzecia dziesiątka wyszła w: 00:41:12, średnie tempo: 00:04:07.

Nadal byłem dziesiąty, ale miałem już bezpośredni kontakt ze wspomnianymi zawodnikami. Na 31km byłem już 8. Plany zmieniałem na bieżąco i chciałem biec tak długo, jak będzie sprawiało mi to przyjemność. Na 33km byłem 6., ale zaczęły się schody (a raczej kolejny podbieg). 34. kilometr był najwolniejszy (04:33). Dobiegłem więc do punktu odżywczego, zdjąłem numer, zabrałem O’Shee i poszedłem złapać stopa…

Ostatni odcinek: 4,7 kilometra: 00:19:07, średnie tempo: 00:04:04.

Jak się później dowiedziałem – zszedłem na najdłuższym podbiegu, a półtora kilometra dalej zaczynał się ostatni odcinek – niemal w całości z górki. Nie wiedziałem o tym, bo nie planowałem tego startu i nie miałem w planie ukończyć tego maratonu. Z perspektywy czasu mogę napisać, że nie wiedziałem „na szczęście”, bo pewnie bym nie odpuścił… A dzisiaj nie czułbym się tak dobrze jak się czuję.

Podsumowując… Nie jest ze mną tak najgorzej. Mimo braku regularnego treningu w ostatnich kilkunastu miesiącach – udaje mi się utrzymać dość wysoką formę i jeśli tylko moja sytuacja zawodowa będzie wystarczająco ustabilizowana, życiówki (obecnie trochę przykurzone) są jeszcze w zasięgu… 😉

P.S. Po co mi to było..? – bo LUBIĘ BIEGAĆ! 🙂

10256454_634159643338041_227068734986197553_nFot. Ignac Tokarczyk – www.facebook.com/swiatlopoglad

Dodaj komentarz

Kategorie